Powrót

Nadszedł dzień wyjazdu. Spakowaliśmy się, odstawiliśmy Kaloszka i wsiedliśmy na pokład naszego Bintera. Pomachaliśmy z góry Lanzarote, którą przez ten czas dosyć polubiliśmy. Po 40 minutkach byliśmy u siebie na Gran Canarii. Jeszcze tylko taxi i Welcome Home :)

I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o naszą krótką wyprawę na Lanzarote. Koniec wycieczki, koniec wyprawy. Jesteśmy z powrotem :)

Było miło, ale jednak zawsze milusio wrócić do domu :)

widok z samolotu

widok z samolotu

Rozrywki różne

W ramach relaksu chodziliśmy pogrzać się w przyhotelowym SPA. Ostatnio polubiłam tę formę moczenia się w wodzie :) A było to szczególnie miłe podczas naszego pobytu, bo temperatury na zewnątrz nie sprzyjały raczej wygrzaniu się. No i ten wciąż siąpiący deszczyk. Na wymarzone wakacje to raczej ta pogoda się nie nadawała. My oczywiście nie narzekaliśmy, bo to nie były nasze wakacje życia :)

Poza tym wieczorami okupowaliśmy bar z drinkami. Na szczęście nie musiałam dźwigać mojego mężusia do pokoju, sam się zawsze zawlekał. Nie to żeby miał jakieś straszne ciągoty do alkoholu, ale tak jak ja nie mogła się oprzeć Diabełkowi, tak on nie umiał przejść obojętnie obok Krwawej Mary :D

No i generalnie, zwiedzając i się relaksująć spędziliśmy ten tydzień. Aż w końcu nadszedł dzień wyjazdu..

Stop beeping

Zwiedzanie zwiedzaniem, ale oczywiście nie spędzaliśmy naszych dni tylko na tym. Na przykład siedzieliśmy też czasem w pokoju hotelowym. I czasem nam się nudziło. Szczególnie zaś mężusiowi. A w pokoju było coś co go bardzo korciło - a mianowicie: Sejf hotelowy.

Cóż, jak to facet - zestaw guziczków, kombinacje cyfr. Mój misiaczek przyciskał, resetował, kasował, no po prostu - dobrze się bawił. I bawiłby się tak w najlepsze pewnie jeszcze długo, gdyby sejf nie zaczął pikać (bipać)!

Dobra, nie panikujmy. To tylko bipanie. Ale ile można? Nie da się wyłączyć, nic nie skutkuje. Nic, trzeba pójść do recepcji i przyznać się do zabawy…

Więc poszliśmy. Jesteśmy w recepcji i tłumaczymy panu: “Proszę Pana, mamy sejf w pokoju. Nie, nie wynajmujemy go, tak sobie stał. Ale się bawiłem no i on teraz pipczy i nie chce przestać. Czy ktoś może go wyłączyć?

Na to Pan, oporny trochę w myśleniu: “No ale wynajmujecie go? W czym problem? Ale o co chodzi?

Więc my znowu: “Nie, nie wynajmujemy. Ale on Pipczy!

Po kilku minutach trochę bezsensownej konwersacji pan pyta: “No dobra, ale wy chcecie wynająć ten sejf?

A na to my już nieźle wkurzeni wykrzyknęliśmy zgodnym rykiem: “Nooooooooo, we want it to STOP BEEPING!” (Nie, my chcemy żeby on przestał pipczeć!)

Wróciliśmy do pokoju, sejf nie pipczał. Ale przyszedł potem pan-serwisant i na wszelki wypadek wyciągnął z niego baterię :D

Ostatni Cesar

Naszym ostatnim punktem na trasie Cesara był kaktusowy ogród - Jardin del Cactus. Pewnie byśmy tam nie poszli, ale zakupiliśmy sobie karnet dla zwiedzających (zresztą nawet korzystny) i on obejmował też tę kaktusiarnię.

Tuż przed wejściem do ogrodu stoi ogromny, zielony kaktus, wykonany z metalu. Z daleka pewnie nawet można się nabrać i pomyśleć, że to taki prawdziwy :) Wnętrze kaktusiarni zaprojektowane zostało w formie koła. Na tej w zasadzie niewielkiej powierzchni oglądaliśmy sobie kaktuski, małe, duże, bardziej i mniej kłujące. Cały ten ogródek urozmaicają strumyczki i kamienne mostki. Generalnie wygląda to ładnie i zadbanie, ale jak dla mnie to nie było to miejsce, które musiałam obejrzeć. Może dlatego, że mam kaktusy na codzień i nie są one dla mnie aż tak wielką atrakcją :)

Był też sklepik z pamiątkami. Opanowałam swoje żądze. Nie kupiłam NIC! Mężuś odetchnął z ulgą hehe

Kaktus przed Jardin del Cactus

Kaktus przed Jardin del Cactus

Islote de Hilario

W tym miejscu do dnia dzisiejszego można odczuć działanie wulkanów. Zaledwie kilka metrów pod powierzchnią ziemi temperatury sięgają nawet 400 stopni Celsjusza. Oczywiście zostało to należycie wykorzystane. Przede wszystkim otwarto tu restaurację (rzecz jasna projektu Cesara M.), w której główną atrakcją jest grilowane mięso z naturalnego grila - upieczone z wykorzystaniem ciepła z wnętrza ziemi.

Dodatkową atrakcją są pokazy. Pierwszy z nich wykonywany jest w niezbyt głębokim dole - pan wrzuca do środka wiązkę trawy, a ona w 15 sekund zajmuje się ogniem. Drugi - to pokaz gejzerów. Wlane do dziury wiadro wody strzela naprawdę wysokim strumieniem w górę. Wow!

Pokaz w Parque Nacional de Timanfaya

Pokaz w Parque Nacional de Timanfaya

Oczywiście jest też sklepik dla durnych turystów. Mam kolczyki.. z diabełkiem ;) Oraz serie zdjęć z tym, którego podobizna wisiała przy wejściu do sklepiku.. Nie umiem się mu oprzeć hihi

PS. Kończą mi się miejsca ze sklepikami, nie pamiętam gdzie sprawiłam sobie znaczek (taki do przyczepiania) z diabłem. Skleroza nie boli ;)

Diabeł z Timanfaya

Diabeł z Timanfaya